Wspomnienie spisane przez s. Leokadię (Martę) Sawukinas

Wspomnienie o Matce Kazimierze Gruszczyńskiej spisane przez s. Sawukinas Leokadię (Marta). 

Wrzesień 1912. Moje pierwsze wrażenie poznania Matki Założycielki  z fotografii
      Pierwszy raz ujrzałam Matkę Założycielkę na fotografii. Było to w Wilnie, jako aspirantka. U Przełożonej zobaczyłam fotografię Matki. Tak mnie zaciekawiła – stanęłam i przyglądałam się. S. Ewelina, próbantka, widząc moje zaciekawienie powiedziała mi, że to jest nasza Matka Generalna. Ile razy wypadło mi być w pokoju u S. Przełożonej zawsze musiałam przystanąć i popatrzeć.
            Po dwuletnim pobycie w Wilnie, 29 VII 1914 r. wyjazd do Warszawy, do nowicjatu.
Absorbowała mnie ta myśl – jak przywitam Matkę Generalną. Ten wyraz – „Matka” – wypowiedzieć, a tym bardziej uklęknąć przed Nią? – absorbował mnie. 
30 XII 1914. Przyjechałam do Warszawy po nocnej podróży z s. Magdaleną Łazowską. Całe moje nastawienie było, żeby się przebrać w nową sukienkę, żeby się dobrze zaprezentować Matce Generalnej.

            Pierwsze spotkanie.
Na I piętrze w pokoju, w przejściowym, stałam przy oknie z S. Anną Andruszkiewicz. Wtem, otwierają się drzwi od klatki schodowej. Widzę postać Matki (wracała z kaplicy, która w tym czasie była nad kuchnią z powodu budowy kaplicy). Nie spostrzegłam się, gdy już klęczałam i całowałam ręce Matki. Na razie było to krótkie przywitanie, bo czekało śniadanie na Matkę. Po śniadaniu wezwano mnie do Matki. S. Anna Andruszkiewicz przedstawiła mnie jako krawcową modystkę. Z całej rozmowy zapamiętałam tylko to Matki zapytanie:
„A potrafisz uszyć fartuch?”

8 XII 1914 r. Byłam przyjęta do nowicjatu.
            W nowicjacie największa była radość, gdy Matka od czasu do czasu przyszła do nas na lekcje. Jakie to były przyjemne te lekcje. Tłumaczenie konstytucji, o życiu wewnętrznym, o życiu wspólnym, o posłudze chorym, o ślubach. Szybko mijały te chwile, a na zakończenie zawsze na wesoło coś Matka powiedziała. Nowicjuszki przychodziły sprzątać na I piętro. Ile to sprawiało przyjemności, gdyśmy spotkały Matkę i usłyszały choć parę słów z Jej ust.
            S. Małgorzata Maciejewska usługiwała Matce, a ponieważ często niedomagała na zdrowiu, ja byłam wydelegowaną zastąpić. Niezmiernie czułam się szczęśliwą. Gdy s. Małgorzata poważnie rozchorowała się i poszła na operację do Sanatorium, wtedy zostałam stałą Matki pielęgniarką. Byłam już po ślubach rocznych, 1916 r. Mieszkałam na I piętrze w przejściowym z s. Jadwigą Furmanik, żeby być blisko Matki – służyć Jej. W ciągu dnia szyłam w pracowni na II piętrze.
            Z rana o 5-ej, nim dzwonek zadzwonił na wstanie, u Matki już dawno światło się świeciło, modliła się. Po pacierzach, o godz. 6.30, przychodziłam do Matki, żeby obuć, przynieść wody, naszykować do mycia, uczesania, wyczyścić suknię, tak zwaną pryncesę z trenem długim, z pozbieranych z pracowni nitek i kurzu. Pomóc Matce ubrać się, posłać łóżko, zaprowadzić Matkę do kaplicy do oratorium. Miała Matka pęk kluczy od pokoju, od drzwi frontowych, od oratorium i te głośno się kładło w oratorium na półkę. To był znak dla zakrystianki, że Matka już jest i ksiądz kapelan może przynieść Komunię św. do oratorium. Na dół Matka nie schodziła.
         Rozmyślanie odprawiała z książek francuskich. Po Mszy św. przychodziłam po Matkę, zabierałam książki, klucze, wprowadzałam do pokoju, rozbierałam i dawałam znać kuchni, że można Matce przynieść śniadanie. Matka jadała u siebie w pokoju z S. Anną Andruszkiewicz. Na śniadanie kawa zwykła, pieczywo, masło.

Praca Matki.
          Po śniadaniu zasiadała Matka do biurka; przegląd dzienników, korespondencji, pisanie listów. Siostry powracały z nocnych dyżurów przy chorych, które miały na mieście – przychodziły przywitać Matkę, opowiedzieć o chorych. Matka wszystkim się interesowała.
         O godz. 11-11.30 przychodziła Matka na czytanie do pracowni, która była na I piętrze, tam siostry infirmerki się zbierały i tam pracowały. S. Anna Andruszkiewicz stale szyła do kaplicy bieliznę kapliczną, ornaty. S. Wiktoria Bursiak haftowała kościelne i często chodziła na dyżury nocne do chorych. S. Ewelina Kalinowska na maszynie trykotarskiej robiła pończochy. S. Małgorzata Maciejewska i ja, Marta, obszywałyśmy siostry. Matka przychodziła zawsze z robotą w koszyczku, przeważnie robiła richelieu do komży, szlaki. Pięknie były wykonane.
            Godzina 12.00 Anioł Pański.
Obiad przynosiła przeważnie S. Marianna Domino. Z powodu choroby wątroby posiłki były dietetyczne, skromne.
         O godz. 13.00 często przychodziła na rekreacje do pracowni. Były bardzo przyjemne, wesołe. Siostry opowiadały różne kawały z dyżurów, a ja się śmiałam z byle czego i z niczego swoim śmiechem siostry rozśmieszałam.
            O godz. 14.00 Matka na kanapie położyła się trochę odpocząć. Była cisza i spokój. Od czasu do czasu telefon zadzwonił. Jakieś sprawy.
            O godz. 15.00 Matka już była przy biurku – rachunki, korespondencja, załatwianie różnych spraw budowlanych, bo przez całe życie Matka wciąż coś budowała.
            I tak: nadbudowa II i III piętra Przytuliska, Kaplica Przytuliska 1914, Sanatorium, w Kozienicach dom, potem Kaplica, Nowicjat. Ostatnio Anielin, ale tylko projekty omawiała – w Anielinie nie była.
        Przecież rok 1914–1920 to czas wojny. Jak ciężko było coś zdobyć na budowę materiałów, przewieźć. Pamiętam S. Róża Świątkowska gdzieś zdobyła wagon wapna do budowy Kaplicy w Kozienicach, i tak na kolei pomylili adres, że ten wagon kursował po całej Polsce, a Matka martwiła się i modliła do św. Józefa, a potem gdzieś wyczytała o św. Pompiliuszu. Znów pacierz do Pompilusza. Mnie to imię strasznie śmieszyło i tak parskałam śmiechem, że Matkę rozśmieszyłam. Nie pamiętam już, czy po kilku tygodniach, czy nawet miesiącach, ten wagon z wapnem przybył do Kozienic. Już tego nie wiem, czy św. Pompiliusz to wyjednał.
            Od budowy, załatwiania wszystkich spraw, to były siostry: Małgorzata Maciejewska i Róża Świątkowska. Ile to różnych spraw było związane z budową tych domówi kaplic. Zebrania, narady panów w sprawach finansowych, inżynierów, projekty, plany, to nie tylko wybudować gmach, ale uzupełnić całe wnętrze kaplic, domów, Sanatorium. Nad każdym szczególikiem Matka radziła się, postanawiała, żeby jak najlepiej to było wykonane. Całe dnie były przepełniane pracą.
            Popołudniowe ćwiczenia często Matka u siebie w pokoju odbywała. Przy szafie stał klęcznik. Matka się modliła.
           A ile sióstr przyjeżdżało i przychodziło z różnych domów z rozmaitymi interesami, bo Matka chciała o wszystkim wiedzieć i o wszystkim sama decydować.
            Gdy już nadszedł wieczór była mocno znużona, zmęczona. Podwieczorków Matka nie jadała. Gdy były owoce to chętnie zjadała, lubiła najlepiej jabłka „szara reneta” toteż s. Monika Andruszkiewicz jako ekonomka i przełożona starała się Matce dostarczyć.
            O godz. 18-stej kolacja skromna – jakaś kasza, herbata, pieczywo, masło, czasami był gulasz – Matka nazywała błoto. Gdy miała więcej czasu przychodziła na wieczorną rekreację od 18.30-19.30 – zawsze z robotą.
            Codziennie o godz. 19-stej przychodził p. hrabia Grabowski z tym zapytaniem: czy są jakieś sprawy do załatwienia? Gdy były jakieś sprawy rządowe lub jakieś podanie napisać, wysłać, to wszystko załatwiał, pisał, radził, pouczał. Gdy sam nie był czego pewny, to wysyłał do adwokatów: p. Strzałkowskiego, Herz-Łukańskiego, Fabianiego. To wszystko nasi przyjaciele. Lecz gdy nie było nic do roboty natychmiast wychodził mówiąc: „Nie miła księdzu ofiara – pójdź ciele do domu”.
        Wieczorem polecenia z błogosławieństwem Matka sama dawała. Pacierz. Przed aktami wieczornymi. Matka wychodziła z oratorium, zawsze Matce towarzyszyłam.
Słałam Matce łóżko, przygotowywałam wszystko do spania, pomagałam Matce rozebrać się, ułożyłam. Matka mówiła mi nieraz: „Nikt mi tak dobrze łóżka nie pościele jak ty”. Następnie klękałam przy łóżku, czasem odmawiałam litanię do św. Józefa, albo jakaś intencja modlitwy (jak o to wapno), modlitwy wieczorne, rachunek sumienia. Potem podałam święconą wodę do przeżegnania, relikwie do ucałowania. Następnie robiła Matka krzyżyk na mym czole, ucałowałam rękę Matki, światło zgasiłam, wychodziłam. Taki był dzień naszej Matki Założycielki.

Cierpienia fizyczne, choroba.
Nie wiem, w którym to mogło być roku. Może 1900/2/4. Matka była w Odessie. Tam już chorowała. Lekarze stwierdzili guz w jamie brzusznej, ale zoperować nie można. Prawdopodobnie nie był to złośliwy, jeżeli tyle lat Matka żyła. Ale cierpiała bardzo dużo. Z latami choroba postępowała i od roku 1917/18 bardzo ciężko ataki wzmagały się. Były tak silne bóle, torsje.
Szybko rozbierałam łóżko, układałam Matkę, robiłam zastrzyk z pantoponu i kamfory. Bóle ustępowały szybciej, jeżeli zastrzyk był zrobiony wcześniej, ale nieraz Matka chciała przetrzymać, żeby ominąć zastrzyk, to następstwa były bardzo złe i kończyło się zastrzykiem.
Bardzo często ataki przychodziły o północy. Budziła nas stuknięciem w ścianę, wstawałam z s. Jadwigą. Ja szykowałam do zastrzyku, a s. Jadwiga poszła do kuchni, rozpalała płytę, tą machinę, żeby zagrzać trochę wody do termoforu; ciepły suchy okład łagodził ból.
Od roku 1920 te ataki stawały się coraz częstsze. Mateczka nasza stawała się coraz słabsza, ale nie było na to ratunku. Co tydzień przychodził dr Jan Markiewicz, zapisywał krople nasercowe „Colla” na wzmocnienie i na znieczulenie bólu kamforę i pantopon. Innych leków Matka nie używała.
Gdy po takim ciężkim ataku bóle się uśmierzały, nie opuszczałyśmy jeszcze Matkę. Siedziałyśmy z s. Jadwigą Furmanik aż do zupełnego uspokojenia, choć niejednokrotnie Matka mówiła: „Idźcie spać”, a gdyśmy nie usłuchały – to Matka rozpoczynała z nami miłą rozmowę: o Zgromadzeniu, o budowie kaplicy, zadawała różne pytania, chcąc wybadać nasze zdania i zapatrywania. A potem zakończyła słowami: „Głupiutkie jesteście” albo „głupiaś”.
Pewnego razu Matka zadała mi takie pytanie: „Po mojej śmierci, kogo byś wybrała na matkę?” Odpowiedziałam, że jeszcze nie ma takiej, która by stanęła na miejscu Matki. Może z tych wszystkich sióstr s. Magdalena Łazowska, ale nie ma Matki szybkiej orientacji i polotu myśli. Matka powiedziała: „Oj, gdy zamknę już oczy, nie chciałabym już ich otworzyć, widzieć co tu będzie się działo”. Tak też się stało po mojej myśli. Matka Łazowska została wybrana na następną Matkę Generalną.

         
Nabożeństwo do św. Józefa Matki Założycielki
Po Bogu i Matce Bożej najwięcej czciła św. Józefa jako swego Patrona. We wszystkich swoich potrzebach, utrapieniach, o Jego wstawiennictwo błagała i zawiedziona nie była, dowodem tego Jej wielkie czyny, jakie dokonała.
           Z wielką uroczystością obchodzone święta św. Józefa, 19 marca, Opieka św. Józefa i chodziłyśmy do Sióstr Sakramentek na Nowe Miasto na uroczystość Opieki św. Józefa.
     A było to tak: Matka nasza miała duże kłopoty, zmartwienia, nie wiem jakie, prawdopodobnie finansowe. Napisała list do o. Honorata zwierzając mu się. A o. Honorat w odpowiedzi na list Matki odpisał: „Czego Matka się martwi, przecież jest w Warszawie, nie wiem w jakim kościele, Obywatel Niebieski, św. Józef. Do Niego się udajcie, a On wam przyjdzie z pomocą”.
       Po otrzymaniu tego listu Matka wypytuje wszystkich, gdzie się znajduje św. Józef Obywatel Niebieski. Nikt o tym nie wiedział. Wiec wysyła Matka s. Katarzynę Pakowską, żeby wyszukała św. Józefa Obywatela Niebieskiego.
I Siostra Katarzyna chodząc od kościoła do kościoła po całej Warszawie, w końcu natrafiła na Nowym Mieście u Sióstr Sakramentek św. Józefa Obywatela Niebieskiego. Mała figura, nie wiem z którego wieku, ale kształty wskazują stare dzieło sztuki. Figurę tę trzymały Siostry za klauzurą. Wynoszono tylko na uroczystość Opieki św. Józefa. Obchodzoną w tym czasie w trzecią niedzielę po Wielkiej Nocy.
         Ucieszyła się bardzo Matka tym odnalezieniem i w pierwszą uroczystość Opieki św. Józefa urządzono pielgrzymkę. Wszystkie siostry udały się na piechotę o godz. 7-mej rano na Mszę św. w intencji Zgromadzenia. Martwiła się Matka, że sama nie będzie mogła pojechać, gdyż nie było takich pojazdów. Ale św. Józef zaradził temu. S. Michalina Furst znała jako swoich pacjentów pp. Kalinowskich, którzy mieli parę koni, karetę z oknami i stangreta. Chętni dla Matki użyczyli i na godzinę 6-stą kareta już stała przed bramą. Uradowana Matka wyruszyła z s. Anną Andruszkiewicz i z panem hrabią Grabowskim, którego zaprosiła, aby swoje modlitwy dołączył do naszych ku czci św. Józefa.
       Nie wiem, który to był rok, w każdym razie w pierwszą wojnę niemiecko-rosyjską. Ubogie były Siostry Sakramentki. A Matka nasza chciała uczcić św. Józefa nie tylko modlitwą, ale i ofiarą, wiec sama na tacę złożyła 100 złotych – czyli marek niemieckich lub milion złotych polskich i wszystkie siostry dostały na ofiarę od 1 zł do 10 zł. Św. Józef przyczynił się do zapomogi Siostrom Sakramentkom z naszych ofiar.
          W tym czasie Ks. Kapelanem u Sióstr Sakramentek był Ks. Kolasiński. Na następne lata zaprosiła Matka Ks. A. Wyrębowskiego. Mieszkał on na ul. Wilczej 24a. O godz. 5-tej rano budziłam telefonem, przychodził do nas i z Matką i p. hrabią Grabowskim jeździli karetą do kościoła Sióstr Sakramentek. Był to rok 1916-17.
          Od tego czasu aż dotąd dążymy pielgrzymką, jak która może, by uczcić św. Józefa tylko nie w trzecią niedzielę, ale 1-go maja, w święto św. Józefa Rzemieślnika.
           Św. Józef już nie jest za klauzurą, ale w kościele, w pięknym ołtarzu wybudowanym od nowa kościele, gdyż w powstanie Niemcy doszczętnie zburzyli i prawie wszystkie siostry padły tam ofiarą wraz z naszymi żołnierzami AK i dużo cywilnej ludności.
            Każdego miesiąca 18-19 adoracja w kaplicy całą dobę. Każda siostra 1 godzinę.

            Śpiew
          Lubiła Matka Założycielka śpiew, ale tylko pieśni wybrane, które by nie rozpraszały myśli. Pieśni ludowe. Ulubione pieśni były: „Kto się w opiekę odda Panu swemu”, „Pod Twoją obronę” do Matki Bożej i „Szczęśliwy, kto sobie Patrona, Józefa ma za Opiekuna”.  Na uroczyste dni Matki, to tylko te pieśni były śpiewane.
       Lubiła pieśni stare ludowe: „Boże w dobroci nigdy nie przebrany”, „Straszliwego majestatu Panie”, „Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary” na melodie „Hołd Ci” ze Mszy Moniuszki.
         Śpiewałyśmy tylko trzy: s. Jadwiga Furmanik grała i śpiewała, s. Ewelina Kalinowska alt i ja, Marta, sopran. Dobrany to był zespół. Na święto Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy zapraszałyśmy Siostry z innych domów, aby powiększyć chór. Na te uroczystości i na nieszpory Bożego Ciała przychodził grać p. Profesor Furmanik. Pierwsze jego utwory, Jutrznie i Nieszpory, na głosy hymny pierwsze śpiewały – jeszcze nie były wydane do druku. Zachwyt i podziw był tego śpiewu. Z krańców Warszawy przychodzili ludzie. Taki był tłok, że trzeba było na Rezurekcję i Pasterkę rozdać bilety dla znajomych i tych, co stale uczęszczali do kaplicy, bo nie weszliby do kaplicy.
      Cieszyła się Matka z tej chwały Bożej, a nas ciągle strofowała, upominała, nie pozwalała na jakieś nowe, huczne utwory; pieśni musiały być przez Matkę zaaprobowane kiedy mamy śpiewać. Solowe pieśni były wykluczone. Dużo miałyśmy umartwienia i zaparcia z tego powodu.
         Pewnego razu, podczas Oktawy Bożego Ciała, śpiewałyśmy przez cały czas pieśni ludowe o Najświętszym Sakramencie, a opuściłyśmy „Straszliwego Majestatu”. Po zakończeniu Oktawy, Matka wzywa nas wszystkie trzy i mówi: „Moje siostry, przez całą Oktawę czekałam, kiedy też moje siostry zaśpiewają „Straszliwego Majestatu” i nie doczekałam. Nie zaśpiewały siostry tak pięknej pieśni. Siostry śpiewają tylko dla swojej przyjemności, dla popisów, nie dla chwały Bożej”. Przepraszałyśmy Matkę, popłakałyśmy. I co rok w Oktawie Bożego Ciała śpiewałyśmy, choć już Matka nasza nie żyła, ale ku Jej pamięci śpiewałyśmy.
          Rezurekcję przez czterdzieści lat bez przerwy odprawiał Ks. L. Łyszkowski. Ostatnie lata był już podeszły wiekiem i słaby, ale przychodził. Msza była z asystą. Wzięłyśmy huczną Mszę „Angelorum”, gdzie w Credo było śpiewane dziewięć „Amen”. Ks. Celebrans kilka razy całował ołtarz, bo za każdym „Amen” myślał, że to już koniec – a tu jeszcze „Amen” i „Amen”. Po śniadaniu wzywa nas Matka i mocno nas upomina, jak mogłyśmy męczyć takiego dostojnego kapłana swymi śpiewami „Amen” i „Amen”. „Czy siostry mają sumienie” – tak Matka mówiła. Choć to był pierwszy dzień Wielkiej Nocy, radość, wesele, a myśmy płakały nie dlatego, że upomnienie dostałyśmy, ale to było powodem, że myśmy naszej kochanej Matce przykrość zrobiły. Wszystkie Siostry tak Matkę Założycielkę kochały, że największy był ból i zmartwienie, jeżeli coś się zrobiło nie podług Jej myśli.
           
            Uroczyste dnie Matki
            Urodziny Matki Założycielki. (31 grudnia 1848 r.)
            Był to dzień nadzwyczajnej uroczystości Zgromadzenia. Pierwsze tego dnia było wprowadzenie obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy z Rzymu. Odpust nadany przez Stolicę Świętą z Oktawą, tj. przez cały tydzień można by odprawiać nabożeństwa z nieszporami i wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ale poprzestałyśmy tylko na tym jednym dniu, a odmawiałyśmy przez całą Oktawę Nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
            W sam dzień uroczysty przyjeżdżał ks. Prał. Łyszkowski i to co rok. Masz św. z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, Nieszpory również. A po Nieszporach zakończenie Starego Roku, „Te Deum Laudamus” i Papieskie błogosławieństwo.
            Po Nieszporach zbierały się wszystkie siostry, i które mogły z innych domów, by złożyć Matce życzenia urodzinowe i noworoczne. Zawsze w takie uroczystości jak urodziny czy imieniny przychodziły z darami. A jakie to były dary – swojej pracy przy chorych na dyżurach. Wykonywały różne ręczne roboty i tylko do kaplicy: szlaki do obrusów, do alb, komże, serwetki. Matka to lubiła i bardzo się cieszyła, oglądała, przypatrywała się. Jej serce radowało się tym, że to użyte będzie dla chwały Bożej.
            W roku prawdopodobnie 1922 otrzymała w darze od sióstr przepiękny baldachim. Wyhaftowany przez siostrę, późniejszą Matkę Generalną, Wiktorię Bursiak. Obmyślały siostry jak to ofiarować Matce w ten ostatni dzień roku i Matki urodzin. Uradziły tak, aby cztery siostry wniosły baldachim. Matka Bursiak podała myśl, aby te siostry były przebrane za cztery pory roku, tj. wiosnę w zielonej sukni – przybrana cała stokrotkami i fiołkami. Lato – żółta suknia, słoneczniki, maki, kłosy. Jesień – fioletowa, przybrana – winogrona, owoce. Zima – uszyta, pokryta cała watą białą i paciory lodowego cukru. Wnosząc śpiewały „Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary” itd. mel. p. Furmanika. Matka rozpromieniona patrzyła z zachwytem, ciesząc się, że to dla Pana Jezusa, pod którym będzie niesiony podczas procesji.
            Materiał, z którego był uszyty, adamaszek jedwabny, to miała być suknia ślubna S. Alojzy Fuksiewicz. A jak to się stało? Mieszkała w dzielnicy Mokotów. Miała już wyjść za mąż. Zwróciła się ze swym narzeczonym do przełożonej zakładu „Królikarnia”. Była nią s. Władysława Radziejewska, aby omówić ślub w kaplicy w „Królikarni”. Rozmowa s. Władysławy tak na nią podziałała, że zerwała
z narzeczonym i wstąpiła do Zgromadzenia, a z tego materiału na suknię uszyty baldachim.
            Po wręczeniu baldachimu była wesoła rekreacja. Upamiętniło mi się to, że tą siostrą zimą była s. Ewelina Kalinowska, przebrana od głowy do stóp watą, jak bałwan ulepiony. Ciepło jej było na tej rekreacji.

            Imieniny Matki Założycielki
            Na św. Kazimierza, 4 III. Tak jak na urodziny, przeddzień wieczorem przychodziły i przyjeżdżały spoza Warszawy siostry, która tylko mogła odejść od obowiązków, a każda śpieszyła z jakimś darem przez nią wykonanym. Wszystko to na stole dużym w dawnej pracowni ładnie ułożone.
            Matka wchodziła, siostry śpiewały życzenia ułożone przez s. Wiktorię Bursiak. Pan Furmanik układał melodię. Po śpiewie, złożeniu życzeń – Matka dziękowała i przemawiała do sióstr.  A potem oglądała prezenty: ornaty, stuły do ornatów, alby, szlaki, serwetki itd. S. Monika, ekonomka, przygotowywała owoce, słodycze do poczęstowania sióstr. Wesoła rekreacja, Matka zadowolona, siostry uszczęśliwione wracały do domu.  
4 III 1915 kaplica była w budowie, nabożeństwo odprawiało się w Sali nad kuchnią. Na Mszę św. przybyła s. Władysława, Przełożona Królikarni, z dziećmi przebywającymi w Zakładzie Królikarni. Kalekie, ułomne. I one to grały i śpiewały na tej Mszy uroczystej. Potem składanie życzeń: wiersze, laurki, itd.
Następnie przychodził Ks. Toporski ze swego „Zakładu św. Antoniego” z chłopcami sierotami też z cennymi darami. Były to różne prace sierot, jak podstawy do kwiatów. Przepiękny stolik jasny obecnie (u Matki) na I p. w Przytulisku w dawnym salonie, fotel z klęcznikiem dla rekolekcjonisty dla wygłaszania konferencji podczas rekolekcji. Drugi stał rozkładany do uroczystych nabożeństw przy odprawianiu przez Ks. Biskupów, czy ceremonii sióstr. To wszystko dary wykonane w „Zakładzie św. Antoniego” przez sieroty, a ofiarowane naszej Matce Założycielce w dniu Imienin. Jako swojej opiekunce.
Od roku 1916, w dzień Imienin Matki przychodził Ks. Wyrębowski.
O godz. 7-mej odprawiał Mszę św. na górze w Oratorium przed św. Józefem w intencji Matki. Udzielał Komunii podczas Mszy. Siostry śpiewały Matki ulubione pieśni: „Kto się w opiekę”, „Szczęśliwy kto sobie Patrona Józefa” i „Pod Twoją obronę” do Matki Bożej. O godzinie 8-mej przychodzili Księża: Ks. Łyszkowski, Ks. Fajęcki, itd. ze Mszą św. A z życzeniami to przychodzili do późnego wieczora Biskupi, Prałaci, Nuncjusz. Między nimi był także Achilles Ratti, późniejszy Ojciec Święty (Ks. Nuncjusz Ratti, późniejszy Ojciec Święty Pius XI). Adwokaci, inżynierowie, lekarze. Przez cały dzień Matka przyjmowała. Salon był przybrany kwiatami wręczonymi w dniu imienin. Na stole były nakrycia i poczęstunki dla gości: owoce, pomarańcze, tort, ciastka, kawa, herbata z samowara, który przez cały dzień szumiał. S. Marianna Domino przybrana świątecznie, pilnowała żeby samowar nie wygasł do gorącej herbaty i usługiwała gościom. Matce towarzyszyła S. Magdalena Łazowska, późniejsza Matka Generalna i S. Monika Andruszkiewicz.
Wieczorem nasza Kochana Mateczka była mocno zmęczona. Ale ten dzień był przyjemny i uroczysty dla wszystkich sióstr. Zakończę opisywanie imienin Matki tym życzeniem, które p. hrabia Grabowski przysłał z pomarańczami i wizytówką: „Hr. Feliks Grabowski”: „Po gronku najbliższych, niechaj wolno będzie i wiernemu słudze upaść do nóg Najczcigodniejszej Mateczki, życzenia
z głębi serca składać będzie jutro u stóp ołtarza, a dzisiaj poważa się tylko przesłać kilka kulek (pomarańcze), bo podobno goście jutrzejsi grać zamierzają w bilard. Ale żart na stronę. Niech Bóg Najwyższy łaską swą obdarza coraz obficiej a sił i zdrowia dodawać raczy dla większej swej chwały. 3 III 1924. Oddany w Chr. P. F.G.”. Tak były napisane życzenia dla Matki od P. hr. Grabowskiego.

Uroczyście przeżywała M. dzień przyjścia swego do Przytuliska
My, młode profeski nie wiedziałyśmy co to za uroczystość Matki.
W grudniu odprawiała Matka rekolekcje 8-dniowe. W pracowni i na całym I piętrze była cisza, żeby nie przeszkadzać w skupieniu. Pewnego razu podczas rekolekcji Matka zachowywała takie milczenie. Gdy z koniecznej potrzeby było coś przekazać, to Matka pisała na kartkach. Jedną taką kartkę zachowałam aż dotąd. Chodziło o postawienie Matce baniek, gdy podczas rekolekcji zaziębiła się. Lekki bronchit. A była taka skłonna do zaziębienia. Trzeba było uważać czy okna pozamykane, gdy Matka przechodziła. Niestety, tylko wiatr zawiał, to już kaszel, chrypa. Ponieważ usługiwałam Matce – mieszkałam na I piętrze w przejściowym. Zaraz po rannym dzwonku, puka Matka w ścianę wzywając mnie i podaje kartkę. „S. Marcia. Niech mi Siostra bańki postawi, jeżeli można przed Mszą św.”. Kartkę tę przeznaczono do Archiwum, jako świadectwo dla sióstr o naszej Matce Założycielce, z jakim skupieniem odbywała rekolekcje ośmiodniowe.
W tym dniu, jak we wszystkie uroczyste dni Matki, Ks. Wyrębowski przychodził odprawić Mszę św. w Oratorium. Myśmy śpiewały: „Kto się w opiekę”, Szczęśliwy, kto sobie Patrona” i „Pod Twoją obronę”. W całej postawie Matki, pokornej i rozczulonej, widać było jej przeżycia wewnętrzne, wdzięczność Bogu za Jego łaski, którymi tak hojnie obdarzał. A Ona jak najskrupulatniej tym łaskom odpowiadała. Aby nic nie uchylić z jego najświętszej woli. Ciągłe wczuwanie, to się na zewnątrz uwydatniało.
A druga cecha Matki to była chwała Boża. W życiu jej nic tak nie obchodziło jak chwała Boża. Wszystkie zamiary i dążenia, wysiłki – skierowane były tylko – czy będzie chwała Boża. Budowa kaplic, ołtarzy, aparata do służby Bożej. Sama stale haftowała szlaki do komży i alb, richelieu. Nabożeństwa, żeby jak najuroczyściej odprawiały się. Śpiewy, ach te śpiewy były czasem łzami zalane przez nas. Myśmy śpiewaczki chciały śpiewać coś nowego, jakieś klasyczne, solowe, a Mateczka Kochana tylko ludowe. Często powtarzała: „Wy tylko dla swojej przyjemności śpiewacie – nie dla chwały Bożej”.

Miłość bliźniego, a przede wszystkim sióstr
Przepiękne nauki co tydzień na kapitułach win. Przy ceremoniach. Czy to były pojedyncze czy zbiorowe w gromadkach. Na konferencjach osobistych, my młode musiałyśmy co miesiąc po dniu skupienia przyjść do Mateczki ze sprawozdaniem. W rogu pokoju stał fotel, mały stolik, na stoliku na dole stał koszyczek z robotą Matki. Tuż przy stoliku małe krzesełka. Gdy przyszło się do Mateczki, uklękło się, pocałowało ziemię i Matka wskazywała na krzesełko, żeby usiąść. Zależy, jak którą z sióstr, trwało piętnaście minut, pół godziny. A czasem i godzina przeszła na rozmowę z Mateczką. Tam bury się dostało i popłakało się, a nawet i pośmiało się, bo Mateczka nie dopuściła żeby odejść od Matki w smutku. Z lekkim sercem wychodziło się od Matki, zachętą do dalszej pracy, a do Matki czuło się tak wielką miłość.
Pewnego razu, z powodu różnych bolączek przez kilka miesięcy u Matki nie byłam. Nie mogłam tego wszystkiego wypowiedzieć, co mi na sercu leżało. Więc obmyśliłam w ten sposób: napisać. Na dużych arkuszach papieru, jak do egzaminów, wypisałam wszystkie cztery strony. Z wielką bojaźnią i nieśmiałością przyniosłam Matce i podaję. Matka pyta, co to. Mówię – będzie to sprawozdanie. A Matka mi mówi: „siadaj, czytaj”. Ja zdenerwowana, płakać mi się chciało, ale musiałam Matki słuchać.
Siedziałam przy Mateczce, czytałam, łzy mi po policzkach spływały, nie mogłam się powstrzymać, ale czytałam. Matka nie przerywała, robiła swoją robótkę i słuchała. Gdy już skończyłam, wtedy Matka w serdecznych słowach przemówiła, a ja jeszcze więcej się rozczuliłam, płakałam. Po skończeniu składam to swoje pismo i chcę włożyć do kieszeni, zabrać sobie, a Matka wyciąga rękę. „Daj – to jest dla mnie pisane”, i zabrała. Byłam zdziwiona tym, ale musiałam oddać. Wyszłam od Matki z lekkim, radosnym sercem.
Siostry, które były przy chorych na prywatnych dyżurach na mieście, która przyszła do domu, musiały choć na chwilkę wstąpić do Matki, zdać relacje o chorym, różne swoje przygody, różne kawałki zabawne, śmieszne. Matka śmiała się. To wszystko Matkę interesowało. Najwięcej umiały ubawić i weselić Mateczkę S. Michalina Furst i s. Teresa Wojnecka z opowiadań o swoich przygodach w prowadzeniu swoich misji z chorymi.
Ale były i cierpienia Matki nikomu nie znane, niewidoczne, z powodu, że siostry poza domem, a często w innej miejscowości, narażone na różne pokusy, niebezpieczeństwa i dla duszy i dla ciała i dlatego chciała widzieć je jak najczęściej rozmawiać o ich pracach misyjnych i warunkach pracy.

Przyjmowanie kandydatek
Bardzo oględnie i ostrożnie przyjmowała Matka młode dusze, a to z powodu prześladowania religii za caratu. Były długo utrzymywane w aspiracji, a potem w próbie. Życie zakonne było przed nimi ukrywane, a to dlatego, że taka postulantka czy próbantka będzie nieodpowiednia, zostanie wydalona, żeby nie rozgłosiła, że to są siostry zakonne, że to Zgromadzenie zakonne i dlatego nieraz przetrzymywano próbantki po dwa lata, a nawet dłużej.
Pewnego razu zgłosiła się jedna duszyczka. Była protegowana przez s. Natalię Koralewską. Ale tak jakoś z pozoru niewyraźna, zdawało się tak mało rozgarnięta. Mateczka różne zadawała jej pytania, a potem jeszcze zapytała: „A umiesz tabliczkę mnożenia?... to powiedz”. I zaczęła pytać. Dobrze się z tego wywiązała. Została przyjęta. (rok 1972 żyje, pracuje już podeszłą wiekiem, rencistka).

Matki szacunek do kapłanów
Wielki szacunek miała Matka dla duchowieństwa, kapłanów, nie uważała na swój wiek i swoją godność. Zawsze schylała się, by ucałować rękę kapłana przy przywitaniu czy pożegnaniu. Było zabawne widzieć, gdy o. Władysław Szczepański, jezuita, przychodził, a dość często przy przywitaniu ucałowała Matka rękę Ojca, a Ojciec ucałował rękę Matki mówiąc: „To moja Mamusia”. Wielkie były Matki przeżycia, gdy nasz Kapelan Ks. Antoni Świętochowski pojechał na urlop i nie wrócił, bo się ożenił. To był grom dla nas wszystkich. To był rok 1916-17.

Drugie było przykre zajście z Ks. Kapelanem B. Kolasińskim.
Ks. Kolasiński miał brata z którym mieszkał Krucza 18. Brat chorował na gruźlicę. Ksiądz miał duże wydatki, a był artysta malarz. Miał piękny obraz Murylowski, chciał go zbyć i bez porozumienia się z Matką po kazaniu ogłasza w kaplicy, że „tu przychodzi dużo sympatyków tej kaplicy na nabożeństwa i dobrze byłoby tę kaplicę upiększyć, tę pustą ścianę pięknym obrazem i kto by mógł złożyć ofiarę na ten cel”.
Matka była w Oratorium. Słysząc to bardzo się zdenerwowała. Wyszła z kaplicy, nie mogła słowa przemówić. Później wypowiedziała: „Całą kaplicę wybudowałam, od ludzi nie wyłudzałam grosza”.
Ks. Wyrębowski, Matki spowiednik, a kolega i wielki przyjaciel Ks. Kolasińskiego, załagodził tą całą sprawę. Siostra Janina Pogorzelska długi czas pielęgnowała brata Ks. Kolasińskiego na Kruczej 18, aż do końca życia.
Ks. Kolasiński przez kilka lat był naszym kapelanem. Zachorował na wyrostek ślepej kiszki ostry. Pogotowie zawiozło go do naszego Sanatorium Hoża 80. Dr Czarkowski zrobił operację. Stan był bardzo ciężki. Można nawet powiedzieć – beznadziejny. Siostra Teresa Wojnecka swoją pieczołowitą pielęgnacją i ofiarnością nie dała mu umrzeć. Leżał bardzo długo, parę a może więcej miesięcy. Wyzdrowiał, a potem został kapelanem w Sanatorium. A obraz Murilowski ofiarował Sanatorium z wdzięczności za uratowanie mu życia i pobyt w Sanatorium. Obraz ten zaginął w powstaniu. Ks. Kolasiński był naszym przyjacielem i dobroczyńcą, bo ofiarował nam swój domek w Podkowie Leśnej, w którym do dziś mieszkają siostry, pracują przy chorych i ubogich.

Cierpienia Matki rodzinne
Po jedynym Matki bracie pozostało dwoje dzieci. Eugeniusz Gruszczyński i Lucyna Butwiłowicz żona pułkownika wojsk rosyjskich. Gdy wybuchła wojna niemiecko-rosyjska 14 III 1914 r., zaraz w pierwszych dniach poległ na froncie pułk. Butwiłowicz. Żołnierz przyprowadził konia po zabitym pułk. Butwiłowiczu na nasze podwórko Przytuliska. Jak musiało boleć serce naszej Mateczki, patrząc na owdowiałą młodziutką bratanicę. W krótkim czasie bratanica p. Butwiłowicz zamieszkała na stałe w Przytulisku na III piętrze. Zapisała się do Towarzystwa Rękodzielniczek „Dźwignia” i pracowała tam do śmierci. Umarła 1945-6 r., pochowano ją na Powązkach, wśród sióstr i swojej cioci. Była to osoba dobra, szlachetna, pracowita, religijna. Bardzo rzadko widywała się ze swoją Ciocią
a naszą Mateczką, choć mieszkała pod jednym dachem. Nie chciała sobą absorbować Matkę.
Wielkim cierpieniem dla Matki było nieudane małżeńskie życie jedynego bratanka Eugeniusza Gruszczyńskiego. Ożenił się z protestantką. Była inteligentną, przystojna, zgrabną, dobrą, czystą gospodynią, ale nie katoliczką. To bardzo Matkę bolało. Nie stroniła od nich, ale okazywała dużo serca, często zapraszała na herbatę, na obiady, żeby się zbliżyć, ująć ją i nakłonić do katolicyzmu. W końcu zgodziła się na to p. Gruszczyńska. Uszczęśliwiona Matka prosiła Ks. Wyrębowskiego, żeby przysposobił ją do przyjęcia i wyznania wiary katolickiej. Chętnie to uczynił i przygotował ją. W krótkim czasie uczyniła wyznanie wiary i powtórzyli ślub katolicki w naszej kaplicy. Przyjął i udzielił
Ks. Adam Wyrębowski. Byli bezdzietni. Po kilkunastu latach rozeszli się (Tego nie pamiętam czy za życia Matki. Na pogrzebie Matki nie widziałam jej. Prawdopodobnie, że za życia Matki. Jakaż to wielka była przykrość, ból.)
Po pewnym czasie znowuż znalazł niewiastę, związał się ślubem cywilnym. W kilka lat porzucił, wyjechał do Wrocławia ze służącą. W kilka lat umiera ta służąca, zostaje sam. Siostry nasze odszukały go, w każde święta jeździły do niego z darami Żył sam, pracował, ale lata się posuwały. Coraz więcej stawał się słabszym i w końcu zaniemógł. S. Pelagia w szczególny sposób zajęła się. Długi czas jeździła, opiekowała się i innym osobom polecała go w opiekę. Ale w końcu, gdy było coraz gorzej, podstępem namówiła go na wakacje do Świdra. Zgodził się na krótki czas. Ona wywiozła go na stałe. Trochę się srożył. Ale miał pokój, otoczono go opieką, a szczególnie opieką duchową, korzystając z pobytu Ks. Grembowca, który w szczególniejszy sposób zajął się nim, nawiązując rozmowę o wspólnych znajomych z Radomia itd. Tak skłaniał go do sakramentu pokuty i Komunii św. i za to Bogu dzięki. Umarł pojednany z Bogiem 1974 r.

Opinia o Matce przyjaciół, znajomych
Ks. A. Wyrębowski, spowiednik Matki, pewnego razu powiedział w rozmowie o Matce do mnie: „Spowiadałem Matkę 15 lat i nie spostrzegłem ani jednego grzechu powszedniego dobrowolnego”.
Matka miała bardzo delikatne wrażliwe sumienie, świadczy to, że często z rana, gdy ubierałam Matkę do kaplicy, zwracała się do mnie z tym: „Zadzwoń do Ks. Wyrębowskiego, gdy będzie szedł do kaplicy ze Mszą św., poproś, żeby wstąpił do Oratorium”. A to znaczyło, że prosi o spowiedź. Po zaprowadzeniu Matki do Oratorium przychodził Ks. Wyrębowski, spowiadał.
Pan hr. Feliks Grabowski, nasz były prezes, opiekun, przyjaciel, człowiek, można powiedzieć, święty. Wielkiej godności, a skromny, pokorny. Bogu oddany tercjarz. Codziennie przed pracą w biurze, na Mszy św., Komunia św., klęcząco z boku kaplicy… potem na skromnym śniadaniu. Masła nie jadał, tylko kawa, chleb, bułka. Dla naszej Matki był z takim szacunkiem, uznaniem. Świadectwem może posłużyć to wpisane życzenie imieninowe, jakie przysłał przeddzień imienin z koszem pomarańcz. „Po gronku najbliższych, niechaj wolno będzie i wiernemu słudze upaść do nóg Najczcigodniejszej Mateczki, życzenia z głębi serca składać będzie jutro u stóp ołtarza, a dzisiaj poważa się tylko przesłać kilka kulek (pomarańcze), bo podobno goście jutrzejsi grać zamierzają w bilard. Ale żart na stronę. Niech Bóg Najwyższy łaską swą obdarza coraz obficiej a sił i zdrowia dodawać raczy dla większej swej chwały. 3 III 1924. Oddany w Chr. P. F.G.”.
Drugi nam oddany swoją radą p. mecenas Walerian Strzałkowski. Jakimi usługami, życzliwością, miłością, szacunkiem odnosił się do naszej Mateczki, trudno wyrazić.
Pan Konstanty Jakimowicz. Architekt budowniczy naszych kaplic „Przytuliska”, w Kozienicach, w Anielinie projekt planu, z którym Matka miała dużo do czynienia. Taka opinię o Matce wydał, mówiąc do mnie: „Gdyby ktoś zapytał mnie, pokaż świętego żyjącego, pokazałbym Matkę Gruszczyńską”.
Z duchowieństwa Ks. Kard. Kakowski, Bp Ruszkiewicz, Bp. Ryks, Bp Łoziński, Ojciec Św. Pius XI, będąc w Warszawie Nuncjuszem bywał z życzeniami u Matki. Gdy był papieżem przysłał Matce medal: na uroczystości konsekracji kaplicy w Kozienicach wręczył Matce Ks. Infułat Fajęcki wobec licznego duchowieństwa, przyjaciół, adwokatów, inżynierów – po konsekracji kaplicy w Kozienicach.

Podczas pierwszej wojny 1914–1918 r. zgłosiła Matka do władz rosyjskich na przyjęcie kilku żołnierzy rannych rosyjskich do naszego Sanatorium Hoża 80, na leczenie, pielęgnację i utrzymanie gratisowe. Za tę ofiarność otrzymała Matka odznaczenie od cesarza Mikołaja II (o ile się nie mylę).
Tu wspomnę o wielkim strachu, gdy w nocy odezwał się telefon od władz rosyjskich, że odebrano z Petersburga telefonogram – telegram, żeby Pani Gruszczyńska zgłosiła się do najwyższego urzędu rosyjskiego w Warszawie. Strach, nie wiadomo po co. Udano się po pomoc do p. hr. Grabowskiego.
Z samego rana udał się p. hr. Grabowski w zastępstwie Matki do wspomnianego urzędu jako prezes Towarzystwa. Z tak wielkiego strachu, była wielka radość, gdy przyniósł Matce odznaczenie, medal złoty i podziękowanie od cesarza za ofiarność i troskliwą opiekę rannych żołnierzy rosyjskich w Sanatorium.

Otrzymała M. podziękowanie od gubernatora Warszawy (nazwiska nie wiem), jako Prezeska Towarzystwa za pielęgniarkę Władysławę Radziejewską, która pielęgnowała chłopca syna gubernatora. Przysłał czaszę, czyli w rodzaju kielich prawdopodobnie srebrny, może pozłacany, nie wiem czy obecnie jest. Widziałam po powstaniu. Tu wspomnę, ile cennych i artystycznych rzeczy, drobiazgów, które siostry otrzymywały za troskliwą opiekę na dyżurach prywatnych i w Sanatorium. Wszystko to powstanie rozproszyło, niewiele pozostało krzyży, obrazów.
Wspomnę tu o tym dyżurze s. Władysławy Radziejewskiej u gubernatora Warszawy, Rosjanina. Pielęgnowała syna. Chłopak miał 8 – 10 lat. Strasznie nie lubił s. Władysławy, że ona Polka, taki był zaciekły kacap. S. Władysława za wszelką cenę chciała go pozyskać, przyciągnąć do siebie, dużo mu okazywała serca, ale to wszystko nie poskutkowało. Razu pewnego zobaczyła gdzieś
w sklepie małą małpkę. Kupiła mu. (po rosyjsku – abiezjajna). Ta małpka tak mu się podobała, nie wypuszczał z rąk. Razu pewnego, gdy wszyscy byli przy obiedzie i chłopiec siedział przy siostrze i cieszył się małpką, i w tym wielkim zachwycie mówi: „Papa małpa, mama małpa, wujek małpa i wszyscy Rosjanie małpy”. A siostra ojciec mówi. „Siostra nie, bo to Polka”. Dobrze osądził.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz